Nie taka bieda straszna


Pochodzę z rodziny wielodzietnej, o ile 2 + 4 to rodzina wielodzietna...

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam i mając lat naście nie byłam z tego powodu dumna. Wydawało mi się, że ludzie myślą, że moi rodzice nie robili nic innego, tylko dzieci. Teraz doceniam to, że mam rodzeństwo. Szczególnie przy wszelkich spotkaniach rodzinnych, kiedy siadamy do stołu, jest gwarno, słychać śmiechy i rozmowy. Nie potrzebujemy zapraszać gości, bo nas i tak jest całkiem sporo. Towarzysko jesteśmy samowystarczalni. Lubimy się, lubimy spędzać ze sobą czas, mamy, o czym rozmawiać, więc czego chcieć więcej. Swój dom wspominam, jako biedny. Zawsze podkreślam, że głodna spać nie chodziłam i w zimę bez skarpet do szkoły nie pomykałam.

Od czternastego roku życia pracowałam przy zbiorach truskawek, wiśni, śliwek, jabłek, pomidorów. Nigdy nie potrafiłam prosić o pieniądze, ale zawsze pamiętałam o imieninach dziadków i innych świętach, bo wiedziałam, że jakiś grosz wpadnie. Rodzice pracowali całe życie, nie pili, nie bili się, nie było awantur, ale było biednie. Patrząc z boku nikt tego nie widział, bo jeździliśmy na kolonie, wycieczki szkolne, nie odstawaliśmy od rówieśników, ale ja wiem, jak to jest żyć z dnia na dzień, brać na zeszyt, oddawać, aby za chwilę znowu brać. Czy byłam nieszczęśliwa. Nie! Zawsze miałam koleżanki, kolegów, byłam lubiana przez nauczycieli i rówieśników, a nasz dom był pełen ludzi. Jeżeli do każdego z nas przyszedł jeden kolega, to było nas już ośmioro, a często gęsto i więcej. Byliśmy dzieciakami uśmiechniętymi, samodzielnymi, zaradnymi. Każde z nas od najmłodszych lat starało się zarabiać pieniądze, a później rozsądnie nimi  gospodarować, aby jak najdłużej starczyły. W dorosłym życiu, każde z nas pracuje, uważani jesteśmy za dobrych i rzetelnych pracowników. 
Jak może być inaczej, skoro my mieliśmy takie wzorce. Nasi rodzice rano wstawali, wychodzili do pracy i po południ wracali z niej do domu. Pamiętam jak pytałam kolegę, którego rodzice byli bezrobotni, czy on się tego nie wstydzi. To były jeszcze czasy, kiedy nie pracował ten, kto nie chciał. Dla mnie to trącało patologią, bo jak to, nie pracować?! Nie ważne, że mieli pieniądze i powodziło im się bardzo dobrze. Dla mnie to było nie do pomyślenia. 
Teraz moi rodzice są emerytami, mają niewielkie dochody, ale regularne, nie muszę martwić się, jak żyć. Rodzice kolegi ciężko przeżyli "zakręcenie" kranika z łatwą kasą. Dziś borykają się z problemami finansowymi, pracują dorywczo i martwią się, co przyniesie kolejny dzień. 
W życiu trzeba umieć liczyć na siebie, cieszyć się z tego, co się ma, a nie zamartwiać tym, czego nie ma. Będąc w liceum i omawiając "Nad Niemnem" zrozumiałam, że praca uszlachetnia, daje poczucie wartości, szacunek i poważanie. 
Nie ukrywam, czasem było żal, że nie można pozwolić sobie na to czy tamto, ale wychodząc kiedyś z domu zauważyłam, lecący z balkonu telewizor. Pomyślałam wtedy, że jestem szczęściarą, biedną, ale szczęściarą.

Żółwinka

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz