Warszawa jedenaście lat później


13.02.2004 wylądowałam w Warszawie, minęło już 11 lat....
Zawsze myślałam, że to najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam, ale czy na pewno? W szkole byłam zawsze prymusem, zawsze na świeczniku, uśmiechnięta, wygadana, przebojowa. Wydawało się, że życie leży u moich stóp. Jak nie ja, to, kto? Niestety nie dostałam się na studia dzienne, a zaoczne strąciły mnie z piedestału. Grupa ludzi spotykająca się w weekendy i ja wyobcowana, zdystansowana, z oporem otwierająca się na ludzi. Już nie brylowałam, ucichłam, zaczęłam to olewać, bo to jakieś niedorzeczne dla mnie było. Mogłam nie jechać na wykłady pół roku, później wykuć się z książki i zdać. Zero kontaktu z profesorem, ja, ta, którą wszyscy znali z tej najlepszej strony. Zagubiłam się, potrafiłam przez dwa lata podejść do jednego egzaminu, płaciłam pieniądze i dbałam tylko, o to, aby nie skreślili mnie z listy studentów. Wieczny student to ja i nie, dlatego, że zajęta byłam balowaniem i romansami. Usprawiedliwiałam się, sama przed sobą, bo niby, do czego mi to potrzebne. Nie czuję takiej potrzeby, aby mieć mgr przed nazwiskiem. Dorosłość mnie pokonała, nie byłam na nią przygotowana.

W życiu prywatnym wiecznie naiwna, niepotrafiąca postawić na swoim, zawsze skupiająca się bardziej na cudzych uczuciach, spychając, gdzieś na bok swoje ambicje. Dziś mogę to ładnie nazwać empatią. Matka nazywała to naiwnością. Przed trzydziestymi urodzinami robiłam rachunek sumienia. Na każdym etapie byłam pod kreską. Nie miałam męża, dziecka, dobrej pracy, nawet mieszkania na kredyt. Miałam być wielka, a nie byłam nawet przeciętna. Zawsze myślałam, że duże miasto to duże możliwości, łatwy dostęp do kultury, rozrywki, nowi, ciekawi ludzie, praca i rozwój.Chciałam być taką energiczną laseczką w ołówkowej spódnicy i szpilkach, której kalendarz zapełniony jest po brzegi, która nie ma czasu na nudę. Chciałam się rozwijać, chodzić do kina, uprawiać jogę, wylewać siódme poty na siłowni i "być na czasie". Myślałam, że duże miasto mi to zapewni, da wędkę, a ja ją sprawnie wykorzystam. Jakże się myliłam, możliwości to nie wszystko, trzeba je jeszcze chcieć wykorzystać. 


Jeżeli ciągle myślisz o innych, a dopiero na końcu o sobie, to już na zawsze zostaniesz w czarnej dupie. Zrozumiałam to, gdy popatrzyłam na moich rówieśników. Nie byli tacy fajni jak ja, nie dostawali świadectw z czerwonym paskiem, nie prowadzili poloneza na studniówce. Zostali na naszym zadupiu i grzeją teraz ciepłe posadki i ciągle krzyczą, że im mało. Jeżeli dasz poczuć, że jesteś słaby, to wejdą ci na głowę i będziesz pracował za tę samą pensję przez 6 lat, bo kryzys. Brak empatii to skurwysyństwo za dużo to naiwność. 


W życiu nie chodzi, o to, aby być kimś, mieć kupę siana, dwupoziomowy apartament i super furę. Można być przeciętnym, ale najważniejsze to żyć w zgodzie z samym sobą, na przekór konwenansom. Nie ważne ile masz lat, dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt, warto jest walczyć o siebie, bo żyjemy tu i teraz. Trzeba znać swoją wartość, mieć swoje cele, priorytety i dążyć do obranego przez siebie portu, małymi krokami, utartą ścieżką i nieważne czy w małym miasteczku czy w wielkiej metropolii.
Żółwinka

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz